Marrakesz w 48h
O Marakeszu napisano już bardzo dużo, na tyle dużo, że wydaje mi się, że cokolwiek tutaj bym nie napisała, to wszystko będzie jedynie powtórzeniem słów, które ktoś kiedyś już o Marakeszu napisał. Dlatego postaram się podzielić z wami naszym subiektywnym spojrzeniem na to niezwykłe miasto i zaznaczyć tu kilka punktów, które mogą okazać się przydatne przy planowaniu zwiedzania tej milionowej metropolii. Jest czwartym co do wielkości miastem Maroka i uznawane jako stolica południowej części kraju, ale nie to przyciąga do niego nieprzebrane tłumy turystów każdego dnia, lecz niepowtarzalny klimat miasta. Na tyle niepowtarzalny, że główny plac Marakeszu – Jemaa el-Fnaa wraz z zabytkowym starym miastem został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO w 2001 roku, a 7 lat później uznano, że to co dzieje się na placu zasługuje na oddzielny wpis na liście niematerialnego dziedzictwa UNESCO. I trudno się z tym nie zgodzić. Marakesz można kochać lub go nienawidzić, ale nie sposób nie uznać tego, że czegoś takiego nie zobaczycie chyba w żadnym zakątku świata. Jeśli słyszeliście, że Maroko to kraina baśni z tysiąca jednaj nocy, to chyba tam najbardziej czuć właśnie taki bajkowy klimat. Dla niektórych ta bajka szybko może przekształcić się w horror, bo miasto może być przytłaczające, bywa bardzo męczące i szybko można poczuć przesyt intensywnością specyficznych doznań.

My zdecydowaliśmy się zarezerwować w Marakeszu dwie noce i z perspektywy czasu uważamy, że jest to idealny czas. Nie wyobrażamy sobie jechać na jednodniową wycieczkę i zwiedzać w pośpiechu, bo mamy wrażenie, że wtedy nie sposób polubić się z tym miastem. Do poruszania się po krętych uliczkach mediny trzeba się zaadaptować, a to zazwyczaj chwilę trwa. Dla wprawnych turystów wystarczy kilkanaście minut, ale jeśli ktoś do tej pory podróżował tylko po Europie, to myślę, że może mu to zająć nawet kilka godzin. W pierwszym dniu Marakesz był dla mnie tak inny od tego wszystkiego, co widziałam w swoim życiu, że nie wiedziałam co mam powiedzieć na jego temat. A to zdarza mi się niezwykle rzadko!
Lot z Polski mieliśmy do Agadiru i początkowo nie planowaliśmy się przemieszczać. Miał to być wyjazd na przedłużony weekend, żeby złapać trochę słońca w jesiennym czasie. Ale chyba nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie uznali, że skoro już jesteśmy w Maroku, to może warto jednak zobaczyć coś więcej niż kurort, który nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Postawiliśmy na lokalną komunikację, ponieważ jazda samochodem po Marakeszu to dość karkołomne zadanie, a nie planowaliśmy się ruszać nigdzie poza miasto. Do centrum starego miasta i tak nie wjedziecie samochodem, więc pozostaje zostawić samochód na jednym z płatnych parkingów poza ścisłym centrum. Natomiast drogi pomiędzy miastami są naprawdę niezłej jakości, więc jeśli preferujecie taki sposób poruszania się, to pomiędzy miastami nie sprawi wam to żadnego kłopotu. W miastach jednak sposób prowadzenia lokalsów jest dość chaotyczny, więc wymaga wprawy i dobrej koncentracji od kierowcy, bo w Europie raczej nie przywykliśmy do takiego stylu.

Pomiędzy miastami kursują autobusy krajowych przewoźników CTM i Suprabus. Jest to zdecydowanie najtańsza opcja. My korzystaliśmy z CTM. Bilety można zakupić wcześniej przez internet (strona internetowa CTM) lub w miarę dostępności miejsc kupić na dworcu, jednak polecamy zrobić to wcześniej, ponieważ na niektóre połączenia brakuje miejsc. Miejsca są numerowane, siadacie zgodnie z przydzielonym na bilecie miejscem. Dodatkowo na miejscu konieczne jest dokonanie niewielkiej opłaty za bagaż – jest to 5 MAD za sztukę (około 0,50 euro). Początkowo tego nie rozumieliśmy, ale kiedy wracaliśmy z Marakeszu i zobaczyliśmy ile toreb, waliz i siat potrafią przewozić Marokańczycy wracający z zakupów w mieście, szybko zrozumieliśmy skąd dodatkowa opłata za każdą sztukę. Autokary są klimatyzowane i podróż przebiega w bardzo komfortowych warunkach, a bilet w przeliczeniu za złotówki kosztował nas około 45 zł. Podróż trwa od 3,5 do 4,5 godzin w zależności od trasy autobusu (te, które jadą dalej, np. do Casablanki mają po drodze około 30 minutowy przystanek przed Marakeszem – może to być odrobinę frustrujące, bo 15 minut później jesteście już na miejscu, ale można wykorzystać ten czas na posiłek przed zwiedzaniem). Z Agadiru do Marakeszu autobusy CTM odjeżdżają z dwóch miejsc: pierwsze to Inezgane (z lotniska jedzie tam autobus numer 22 lub 37 co 30 minut) lub z miejskiego dworca Gare Routiere Voyageur Agadir (około 2,5 km od centrum Agadiru). Różnica między dwoma przystankami to około 45 min, więc jeśli będziecie jechać z centrum, to zdecydowanie kupujcie bilety z dworca, ponieważ nie ma sensu jechać na przedmieścia, by stamtąd raz jeszcze pokonywać tę trasę. Z lotniska jest bliżej do Inezgane – i tu kolejna wskazówka. Taksówki z lotniska do centrum powinny kosztować 22 euro i za tą samą cenę taksiarze będą próbowali was zawieźć do Inezgane, a to jest zdecydowanie bliżej. A wiadomo, że w Maroku konieczne jest wcześniejsze ustalenie ceny za kurs. Nas taksówkarz zamiast zawieźć do Gare Routiere sam uznał, że przywiezie do Inezgane, no bo przecież stamtąd też możemy jechać 😉 Oczywiście za ustaloną wcześniej cenę do dworca. A wykłócanie się z nimi jest niezwykle trudne – o ile nie znasz francuskiego lub arabskiego.
Z dworca w Marakeszu do centrum starego miasta jest około 4 kilometry. Ten dystans można pokonać autobusem miejskim, o ile zorientujecie się w tym chaosie. Bilety są tanie, ale rozkładu jazdy raczej nie uświadczycie, stąd najpopularniejszą formą jest taksówka. My postawiliśmy na spacer, zwłaszcza, że idzie się nową częścią miasta. To doskonała okazja by zobaczyć kontrast pomiędzy dzielnicą francuską, gdzie są piękne, nowe hotele, szerokie chodniki i pracownicy zieleni miejskiej podlewający trawniki, a tłoczną mediną, z chaotycznymi ciasnymi uliczkami. Spacer był niezwykle przyjemny, zwłaszcza, że kilka godzin temu byliśmy w chłodnej, deszczowej Polsce, a teraz cieszyliśmy się temperaturą około 27 stopni i pełnym słońcem.

Na nocleg polecamy wybrać jeden z riadów znajdujących się w obrębie murów starego miasta, ponieważ to pozwoli Wam poczuć klimat Maroka. Riady to w wolnym tłumaczeniu nic innego, jak ogrody. Okna domów muzułmanów nie mogły wychodzić na ulicę, stąd wewnątrz domów znajdowały się ogrody, które wpuszczały trochę światła do budynków. Ich wielkość zależała w dużej mierze od zamożności właściciela, niektóre miały nawet wewnętrzne baseny czy fontanny. My spędziliśmy dwie noce w riadzie Vis Ta Vie w samym sercu mediny. Pokoje są dość małe, ale każdy wyposażony jest w prywatną łazienkę. Na dachu znajduje się patio, gdzie rano serwowane jest pyszne, marokańskie śniadanie. Personel jest niezwykle pomocny, mówi po angielsku. Przywitano nas bardzo miło. Na dzień dobry dostaliśmy mapę i mnóstwo pomocnych wskazówek, jak wykorzystać najlepiej czas, który zaplanowaliśmy w Marakeszu.

Na bazarze starego miasta możecie kupić dosłownie wszystko, ale polecamy, by nie podejmować decyzji zbyt impulsywnie, jeśli coś rzuci się Wam w oczy. Kupcy tylko na to czekają. Dajcie sobie czas, by się rozejrzeć, zobaczyć co jest na innych stoiskach. Towar zapewne wam nie ucieknie, a jeśli nawet, szybko znajdziecie coś podobnego. O tym co warto kupić w Maroku przeczytacie też w oddzielnym wpisie. W kulturę Maroka wpisane jest targowanie się, do czego my kompletnie nie jesteśmy przyzwyczajeni. Pierwotna cena może być zawyżona nawet kilkukrotnie. Gęste, nieregularne uliczki mediny podzielone są na suki rzemieślników i handlarzy. Znajdziecie tu sekcje z dywanami, wyrobami ze skóry, mosiądzu, ceramiką, tradycyjnymi strojami czy przyprawami. Wszystko tu dzieje się w zasadzie na ulicy, dlatego często odchodząc dosłownie kilka metrów od głównego placu możecie podejrzeć rzemieślników przy pracy. Pamiętajcie jednak, by bez zgody nie robić im zdjęć. Starsi Marokańczycy wierzą, że uwieczniając ich na zdjęciu, kradnie się im kawałek duszy. Nawet jeśli pozwolą sobie zrobić zdjęcie, to nie zdziwcie się, kiedy będą oczekiwać za to zapłaty.

Główny plac Jemaa el-Fnaa z samego rana niczym nie odbiega od podobnych placów w różnych częściach świata. Jednak już po południu zaczyna się zapełniać handlarzami, restauratorami, bajarzami, akrobatami, muzykami i tancerzami. Jest tam wszystko, co tylko możecie sobie wyobrazić, że ludzie będą robić ku uciesze turystów i by zarobić trochę pieniędzy. Kiedyś odbywały się tu egzekucje i targi niewolników, dziś mieszkańcy Marakeszu prześcigają się w wyszukiwaniu rozrywek, za które da się ściągnąć jak największą kasę z turystów. Dla mnie najtrudniejsze jednak było patrzenie na wykorzystywanie zwierząt – małpy na łańcuchach poprzebierane w ludzkie ciuchy czy zaklinacze węży. Małpy zazwyczaj są odławiane z wolności i tresowane, by bawić turystów i przy okazji przynieść trochę grosza ich oprawcom. A ich miejsce zdecydowanie nie jest tutaj, lecz w środowisku naturalnym. Grający na fujarkach ludzie, którzy udają, że zaklinają węże, w rzeczywistości powodują ich ogromne cierpienie. Węże są głuche, więc na czymkolwiek będą grali ich oprawcy, nie ma to większego znaczenia. Reagują raczej na zagrożenie. Część z nich ma usuwane zęby jadowe, a część brutalnie zaszywane pyski, by nie były zagrażające. W efekcie umierają w strasznych cierpieniach (z głodu!), a ich miejsce zajmują kolejne osobniki odławiane z wolności. I ten proceder będzie trwał tak długo, jak tylko turyści będą płacić za tego typu rozrywki i oprawcom zwierząt zapewniać dochód, z którego można żyć. Wystarczy, że spróbujecie się zbliżyć do nich, za kilka sekund zostaniecie z wężem na szyi lub małpą na ramieniu i żądaniem za to zapłaty. Pamiętajcie, by podróżować tak, by Wasza dobra zabawa nie wiązała się z cierpieniem innych, często słabszych. Plac wypełnia się dźwiękami gnawy – marokańskich rytualnych i transowych pieśni. Kobiety tylko czekają z henną, by ozdobić wasze ciała tradycyjnymi zdobieniami. A jeśli kojarzycie z różnych odpustów czy kurortów strzelnice czy trafianie do kosza piłką z wiarą, że na pewno wam się uda, to to wszystko, w porównaniu do pomysłów jak można zarobić na turystach na placu Jemaa el-Fnaa, to nic. Tu płaci się nawet za łowienie butelek coli na wędkę.
Wieczorem plac zamienia się w ogromną restaurację pod gołym niebem. Już z daleka mieszają się fantastyczne zapachy tradycyjnych marokańskich potraw. Spróbujecie tu potraw z tadżinu czyli naczynia przypominającego komin, które pozwala na przygotowanie jedzenia na rozżarzonych węglach czy tanji – glinianego dzbanka, który zostawia się na kilka godzin w piecu w hammamie (tak, mam tu na myśli łaźnię i to nie jest pomyłka). Jako dodatek króluje fenomenalnie przyprawiony kuskus. Sekretem marokańskiej kuchni jest mieszanka nawet 35 przypraw o nazwie ras el hanut. Z orientalnych smaków będziecie mieli okazje przekonać się jak smakuje mięso z wielbłąda czy zupa ze ślimaków. Na straganach są też w całości głowy jagnięce czy kozie. Marokańczycy słyną też ze słodkości, a na każdym kroku znajdziecie też świeżo wyciskane soki z pomarańczy, granatów czy trzciny cukrowej. Czymś niespotykanym u nas są także owoce kaktusa, które barwią języki zupełnie jak nasze borówki.

Jeśli klimat placu będzie dla Was zbyt przytłaczający, polecamy udać się na taras jednej z restauracji zlokalizowanej wokół placu. Tam w spokoju zjecie posiłek i będziecie mogli oglądać ten niesamowity spektakl z góry. Oczywiście najlepsze miejsca obserwacyjne trzeba zająć odpowiednio wcześnie.

Zwiedzanie zabytków rozpoczęliśmy z samego rana od Grobowców Sadytów. Wstęp kosztuje 70 MAD (około 7 euro). Nekropolia składa się z dwóch mauzoleów, dziedzińca i ogrodów. Słyszeliśmy, że warto być tu z rana, ponieważ mogą być tu duże kolejki. W punkcie zakupu biletów nic na to nie wskazywało, ale jeśli chcecie zobaczyć salę Dwunastu Kolumn, gdzie pochowany został Ahmad – al Mansur, swoje i tak musicie odstać. Ale zdecydowanie warto. Sala stanowi znakomity przykład architektury mauretańskiej, z bogato zdobionymi kolumnami, kafelkami, cedrowymi sztukateriami na suficie i marmurowymi nagrobkami. Niestety jednocześnie podziwiać może tą salę maksymalnie dwie osoby – stąd te kolejki. Niedaleko grobowców znajdziecie też jedną z ładniejszych bram prowadzących do starego miasta Bab Agnaou, bogato zdobiona dekoracjami z motywami roślinnymi i geometrycznymi . Warto wyjść poza mury by ją zobaczyć. Jeśli będziecie potrzebować, tak jak ja, przystanku na poranną kawę – po drugiej stronie ulicy, wypijecie dobrą i tanią kawę z widokiem na bramę (za kawę z mlekiem i butelkę wody mineralnej zapłaciłam 1,5 euro).

Najbliżej grobowców znajduje się meczet Al – Mansura, zwany także Meczetem Twierdzy z końca XII wieku. Meczet można zobaczyć jedynie z zewnątrz, o ile nie jesteście muzułmanami. W Maroku jednym meczetem, gdzie turyści mogą wejść do środka jest meczet Hasana II w Casablance. Na szczycie minaretu meczetu Al. – Mansura znajduje się latarnia.
Kolejnym punktem na naszej liście jest pałac el – Badi (wstęp 70 MAD) – ogromny pałac z XVI wieku, który miał świadczyć o potędze Sadytów po zwycięstwie nad Portugalczykami. Obecnie z dawnej świetności budowli pozostało niewiele, niemniej jeśli będziecie mieli wystarczającą ilość czasu warto tam zajrzeć.

Za to pałac sułtański el – Bahia z XIX wieku, który został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO i jest jedną z najpopularniejszych atrakcji turystycznych Maroka, jest już punktem obowiązkowym do zobaczenia. Pomimo, że uległ częściowo zniszczeniu podczas trzęsienia ziemi we wrześniu 2023, bardzo szybko przeprowadzono prace remontowe i już miesiąc później został ponownie udostępniony do zwiedzania. Oprócz niezwykle przyjemnych ogrodów, pałac słynie ze swoich dekoracji. Na ścianach znajdują się sztukaterie z rzeźbionymi napisami arabskimi, wzorami geometrycznymi, arabeskami. Podłogi wyłożone są marmurem i płytkami zellij. Na szczególną uwagę zasługują tu niezwykle bogato zdobione sufity z drewna cedrowego, które barwione są barwnikami z naturalnych składników. Bilet kosztuje 70 MAD.
Pomiędzy pałacem el – Badi a pałacem el – Bahia znajduje się mellah, czyli dzielnica żydowska. Jest ona zdecydowanie bardziej uporządkowana niż labirynt arabskich uliczek medyny, drogi przecinają się pod kontem prostym, a okna budynków wychodzą na ulicę.

Z pałacu udajemy się w kierunku placu Ben Youssefa. Mieści się tam muzeum Marakeszu, największy w obrębie medyny i najstarszy (pierwsza połowa XII wieku) w mieście meczet Ben Youssefa oraz medresa (czyli szkoła koraniczna) o tej samej nazwie z XIV wieku (bilet 50 MAD). Jest to największa szkoła teologiczna w Maghrebie (północno – zachodnia Afryka: Maroko, Algieria, Tunezja, Libia, Mauretania i Sahara Zachodnia), która mogła pomieścić nawet 900 studentów. Również tutaj możecie podziwiać przepiękną arabską architekturę z mozaikami i sztukateriami. Teren meczetu jest obecnie ogrodzony, gdyż trwają tam prace rekonstrukcyjne po trzęsieniu ziemi, więc nawet z zewnątrz trudno go zobaczyć, dlatego polecamy Wam usiąść na herbatę w kawiarni Les Almoravides, skąd z tarasu zobaczycie minaret meczetu.
Po dość intensywnym zwiedzaniu szukamy odrobiny ciszy i spokoju i tak trafiamy do sekretnego ogrodu (Le Jardin Secret) – jednego z największych i najstarszych ogrodów mediny. Wstęp może nie należy do najtańszych (100 MAD, około 10 euro), ale możecie tam zobaczyć rośliny z pięciu kontynentów, z miejs
